ZAKŁADKA ART.PRASOWE ZAWIERA:

ARTYKUŁY,WYWIADY ORAZ
RECENZJE PŁYT I KONCERTÓW
Z UDZIAŁEM
KRZYCHA NIEDŹWIECKIEGO

J/W

WYWIAD Z KRZYSZTOFEM NIEDŹWIECKIM DLA RADIA FIAT 2014R.

WYWIAD Z KRZYSZTOFEM NIEDŹWIECKIM DLA TV ORION-2014

 

http://tvorion.pl/?action=show_news&idNews=16715

RECENZJA PŁYTY "MOST" ZESPOŁU MIND KAMPF UK Z TERAZROCKA

Terrorysta; Porno; Głodny; Kaśka; Koko; Friendly Fuck; Wyznanie; Ameryka; Babilon; Autostrady; Most; Browar
Skład: Kędzior – voc; Kicz – b, g, voc; Struś – g, voc; Viciu – g, voc; Puszek – dr, voc
Produkcja: Adam Celiński i Mind Kampf (uk)
 
Nie wszystko na płycie Most należy traktować do końca poważnie. Świadczy o tym chociażby sama nazwa zespołu i okładka, które wyraźnie sugerują że grupa pochodzi z Anglii. Ewidentnie humorystyczny charakter ma piosenka Browar z gościnnym udziałem Brody z Habakuka – pogodne reggae z pseudorapowanym tekstem, w którym panowie komunikują, że marzą o piwie – a także lekko prowokacyjne Porno, w którym Piotr Kędzierski w dość przewrotny sposób śpiewa o przemyśle pornograficznym.
Choć w skład Mind Kampf (uk) wchodzą Jaromir Puszek i Krzysztof Niedźwiecki z wspomnianego Habakuka, reggae pojawia się tu tylko okazjonalnie. Więcej jest surowego rocka (Terrorysta, Koko, Ameryka), czasami wzbogaconego brzmieniem puzonu i trąbki (Głodny) albo z automatem perkusyjnym (Babilon). Reggae, oprócz wspomnianego Browaru, pojawia się jeszcze w zabawnym, melodyjnym i... jednak rockowym utworze Kaśka. Inspiracji Mind Kampf (uk) należy szukać przede wszystkim wśród współczesnych, rockowych grup pokroju The Hives czy The Strokes. Czasami jednak zespół sięga kilka dekad wstecz, jak we Friendly Fuck, który ma znamiona stylu B-52’s, albo w walczykowatym Wyznaniu, które można potraktować jako całkiem udany pastisz standardowych piosenek miłosnych. Do uniwersalnych treści sięgają także w melancholijnym, nieco beatlesowskim utworze tytułowym – wielogłosy i spokojnie płynąca melodia sprawiają, że piosenka balansuje na granicy rocka i szlachetnego popu.
Mimo że w paru utworach pojawiają się bogatsze aranżacje, brzmienie płyty jest raczej surowe i dość oszczędne. Ma to swoją dobrą stronę, bo dzięki temu piosenki mają pazur. Irytować tylko może nieco płaski miks, zwłaszcza w przypadku perkusji.

NOTKA O PŁYCIE "JEST DOBRZE" Z PORTALU ONET.PL

RECENZJA PŁYTY JEST DOBRZE Z PORTALU ONET.PL

 

GDYBY NIE TE RATY - WRAŻENIA Z KONCERTU KRZYCHA NIEDŹWIECKIEGO

TEKST: Marcin Krupiński
Ponad godzinny występ z wizualizacjami i efektami muzycznymi, między które wkradły się cytaty m.in z kultowych polskich filmów, zaprezentował zebranym słuchaczom częstochowski muzyk Krzychu Niedźwiecki. Koncert miał miejsce w klubie Zero, mieszczącym się w Teatrze Muzycznym Parking.


Wszyscy, którzy postanowili wybrać się w sobotni wieczór (25 lutego) na koncert Krzycha Niedźwieckiego z pewnością tego nie żałowali. Jego solowy występ wypadł bowiem naprawdę świetnie. Częstochowski gitarzysta i właścicel klubu Zero, który tworzy także muzykę i piszę teksty, zaprezentował na scenie zarówno swoje autorskie piosenki, jak i utwory Andrzeja Grabowskiego, Bonifacego Dymarczyka czy piosenkę zespołu Tie Break. Nie zabrakło także akcentów reggaeowych i brzmień zespołu Bakshish, w którego skład wchodzi Niedźwiecki.

Muzyk przypomniał też o swojej byłej grupie, czyli częstochowskim zespole Habakuk. 

Usłyszeliśmy naprawdę świetne piosenki, w których w bardzo trafny sposób zawarte były spostrzeżenia m.in. na temat życia w naszym kraju. Jednym z takich kawałków był utwór "Gdyby nie te raty", po wykonaniu którego wykonawca żartobliwie stwierdził, że koncert zorganizował po to, by pozyskać darczyńców na wydanie płyty - bo sam nie podoła właśnie przez... te raty. 

Słuchając koncertu mogliśmy poznać Krzycha jako bardzo dobrego gitarzystę, prawdziwego muzyka kochającego granie oraz - co według mnie jest najważniejsze - człowieka, który nie zwraca uwagi na teraźniejsze trendy i z dala od komercji robi swoje.



Oprócz dźwięków gitary elektrycznej i akustycznej, na których grał Niedźwiecki, na scenie towarzyszyły mu klawisze i laptop, co wzbogaciło występ przeróżnymi brzmieniami i efektami. Dodatkowo z kartonowych pudeł ustawione zostały dwie ściany, na których przez cały występ mogliśmy oglądać wizualizacje, za które był odpowiedzialny Szczepan Szczepan (Close Up). Wszystko razem skleiło się w jedną spójną całość, co publiczność doceniła, dziękując za ten koncert głośnymi brawami. Bohater wieczoru zareagował wyjściem na - jak stwierdził - niespodziewany bis.

VIDEO WYWIAD DLA CZEWY TV PO JUBILEUSZU MUŃKA

VIDEO WYWIAD DLA TV ORION

WYWIAD DLA CZASOPISMA ALEJE III

 

Bez ciśnienia-wywiad z zespołem Wyłączeni
Rozmawia Anna Biernacka
Podczas rozmowy Krzysztof Niedźwiecki powiedział, iż wszystko, co ukaże się w mediach na ich temat, musi być nieprawdą. Rozmowa z nieprawdziwym zespołem o prawdziwej muzyce, czyli co robi, a czego robić nie chcą Wyłączeni – niepokorne trio Krzysztof Niedźwiecki, Robert Czyż i Marcin Pożarlik.
---------------------------------------------------------------------------------------------------------
Jak to się stało, że postanowiliście połączyć swoje siły w tym składzie?
Krzysztof Niedźwiecki: Muzycznie z Marcinem znamy się dłużej, bo graliśmy już kiedyś razem. Roberta znałem z opowiadań, ale osobiście nie ścieraliśmy się za często. Dopiero jakieś 10 lat temu...
Robert Czyż: Ale zaprosiłeś mnie kiedyś do grania w Utopii.   
K.N.: Tak, to był pierwszy nasz występ, graliśmy w duecie... Miało być w duecie, ale niestety pojawił się jakiś koleś na przeszkadzajkach. Nawet nie wiem pod jaką nazwą wtedy wystąpiliśmy, ale to był rok 2003 może 2004.  Gdy kilka lat później zacząłem robić album Grabowskiego, zapytałem Roberta, czy nie mógł bym wkleić się do jego piwnicy [Studio66 – przyp. red.] i pracować nad tą płytą.
A gdzie w tym wszystkim Marcin?
R.Cz.: Wracaliśmy kiedyś z wywiadu, który robiliśmy dla Gazety Zero, podjechaliśmy pod blok Krzyśka, żeby pogadać a tu nagle ni stąd ni zowąd, z krzaków pojawił się Pożar... i stwierdziliśmy, że zakładamy band.
Marcin Pożarlik: To miało swoje konsekwencje, pogadaliśmy trochę i padły propozycje spotkań.      
K.N.: Trzeba zaznaczyć, ze wcześniej funkcjonowaliśmy jako duet Tom i Jerry (Niedźwiecki, Czyż), który w końcu przekształcił się w Mastersuty, projekt imprezowo prześmiewczy. Cały czas bez ciśnienia na komercję, co owocowało tym, iż pojawiały się bardzo ciekawe melodie, a czasem bardzo głupie teksty. I fajne w tych nagraniach jest to, że można je spokojnie puścić na imprezie.
Jak powstał pierwszy utwór?
R.Cz.: Tom i Jerry nagrali pierwszy numer w dniu pogrzebu mojego wujka Macieja Kędziory. Siedzieliśmy w domu z trumną, nie wiedzieliśmy co ze sobą zrobić i nagraliśmy numer pt. Czasami,….
K.N.: ... który później Andrzej Grabowski nagrał na swoją płytę w trochę innej wersji.
Słyszałam to pierwotne nagranie i brzmi naprawdę bardzo fajnie. Trzeba jasno powiedzieć, że jesteście po prostu dobrymi muzykami.
K.N.: Dla mnie sformułowanie dobry muzyk jest zarazem komplementem jak i obrazą, bo my nie jesteśmy do końca dobrymi muzykami i w tym nasza siła. Dobrzy muzycy to tacy którzy mają ręce i mózg zaprogramowane do odczytywania nut, My jesteśmy grupą gości, którzy się bardzo naturalnie ze sobą spotkali i zaczęli grać, bo mieli dosyć ciśnień w macierzystych zespołach, że singiel, że promocja itd.

Muzyka, jest waszą pasją. Czy traktujecie to mimo wszystko jako sposób na wybicie się? Chcecie grać koncerty, jeździć w trasy?
R.Cz.: Ja myślę że nie. To jest zespół oparty na przyjaźni na wzajemnej relacji i na tym, że jak mamy ochotę, to razem sobie gramy.
K.N.: Ja też myślę że nie. Chciałbym, żeby to był taki skład, w którym nie muszę grać w środę próby, bo coś tam... Jest to taka fajna formuła - i wcale nie jest powiedziane, że ona nie odniesie kiedyś sukcesu - tylko to musi być takie trochę offowe. Powiem tak: jesteśmy Rolling Stones’ami polskiego underground’u, tylko zamiast pieniędzy na koncie mamy długi (śmiech).
R.Cz.: Bez ciśnienia marketingowego, bez parcia na szkło.
K.N.: Ja sobie Wyłączonych wyobrażam jako taką grupę, która spotyka się jak ma na to ochotę, czas i chce sobie pograć na luzie. To jest takie dosyć ciekawe, ponieważ w każdym zespole pojawia się jakieś ciśnienie, a w tym nie. Kultywujemy tradycję Locko Richtera i jemu podobnych załogantów, tylko nie gramy jazzu tylko gramy psychodelicznego rocka. I wyobrażam sobie Wyłączonych tak, że za 20 lat spotykamy się w tym samym składzie z gitarami i nikt nie marudzi, nikt nie ma do nikogo pretensji, że nie zrobił kariery.
Jak więc wygląda praca w studio 66? Czy to spotkania w konkretnym celu, nagrywanie płyty i ciężka praca, czy raczej kolejna sposobność do wspólnego grania?
K.N. Zdarzało się, że robiliśmy jakieś rzeczy na zamówienie i to są fajne rzeczy, To są np. epizody kiedy robiliśmy jako grupa producencka, nazywało się to studio 66. Zrobiliśmy miedzy innymi piosenkę Frik Muzik Festiwal, na festiwal o takim właśnie tytule we Wrocławiu w 2010.
A czy to już byli Wyłączeni?
K.N. No tak byli, chociaż to zagmatwane trochę bo wymyślanie nazwy cały czas trwa.
Każda zmiana nazwy wynika z tego, iż pojawiają się nowi ludzie w zespole?
R.Cz. Tak pojawiali się nowi ludzie dlatego Tom i Jery przekształcili się w Master Suty, a Master Suty w Mastersuty i Klaps, a potem w MASTERSUTY I KLAPS FEAT. JOE PESCI z Grzegorzem Rurańskim z zespołu 69 na perkusji. Wielu perkusistów, w ogóle muzyków, przewinęło się przez Wyłączonych, ale trio to jest podstawa, czyli Krzysiek, Marcin i ja. Wokalnie pojawia się też z nami Michał Dworecki.   
Skąd się właściwie wzięła nazwa Wyłączeni?
K.N.: Jesteśmy tacy trochę wyłączeni.  Bardzo mi się zawsze podobał niejaki zespół Tie Break. Wiadomo było, że ten zespół nigdy nie będzie istniał komercyjnie i nikt nie miał ciśnienia na nagranie jakichkolwiek piosenek. Po prostu chłopaki wychodzili na scenę dostawali paranoi kompletnej. A że totalnymi szaleńcami byli wszyscy po kolei równo, to powstawała petarda. I tak sobie właśnie wyobrażam nasze granie w Wyłączonych.
Wasze wcześniejsze i obecne doświadczenia muzyczne nie zniechęcają was?
K.N.: Nie, bo to jest taki zespół z podzespołów, które się stykają i robią jakieś działanie, a potem się rozchodzą na swoje zespoły.
R.CZ.: W nas nie ma problemu, my sobie dajemy radę jak nawet połowy nie ma.
M.P.: Kiedy spotykamy się w tym składzie, wyłączamy to wszystko co jest wkoło, jesteśmy my i gramy i jest nasza muzyka.
Widzę że granie daje wam energię, że tak naprawdę nie ma znaczenia z kim gracie jeśli gra się fajnie.
K.N. Dokładnie tak. Powiem szczerze, jeśli się żyje w takim kraju, jak ten, tak dziwnie skonstruowanym biurokratycznie, to jakby nie znaleźć sobie pasji i nie robić czegoś i nie mieć swojego halo...
R.Cz.: To samobójstwo.
K.N.: ...to można przeżyć życie jak debil zupełny. Po prostu gramy. Nigdy nie miałem stuprocentowej pewności czy istnieje Bóg, ale jeśli on istnieje, to te emocje, kiedy grasz, sprawiają, że jesteś bliżej jego natury. I bliżej tego, że jak postawią na tobie tabliczkę, to nie z napisem że chodziłeś codziennie do banku i byłeś wkurwiony, na wszystko, bo ci za mało płacą, ale dlatego że szczerze i uczciwie realizowałeś swoje pasje, dar który został Ci dany.     
Czy mając taki dorobek i doświadczenie (mimo młodego wieku) macie poczucie, że cały czas się czegoś uczycie muzycznie?  
K. N. Oczywiście. Jeśli często grasz to siłą rzeczy zawsze się czegoś uczysz. Jak gramy dwa akordy, to może nie uczymy się jazzu, ani podstaw harmonii, ale uczymy się grać przez 10 minut jedną rzecz. To jest niezwykle trudne. Wszyscy muzycy mają z tym problem, ale czegoś takiego można się nauczyć.
Żeby nie improwizować?
K.N.: Nie, żeby grać transowo w kółko jeden motyw, żeby mantrować, złączyć wszystko razem, żeby stworzyć jeden organizm muzyczny.  
R.Cz.: Żeby improwizować razem.        
M.P. Grać razem.
K.N. A nie, że każdy sam masturbuje się swoim umiejętnościami. Mamy taki przykład: zajebisty muzyk, gitarzysta, który z nami zagrał, ale miał problemy, żeby się wkleić, mimo, że gra rewelacyjnie na gitarze, niejaki Michał Walczak. Nie wkleił się, bo nie załapał (nie załapał do dziś, ale załapie) o co chodzi w zespole Wyłączeni. Chociaż Michał jest zajebistym muzykiem.
Ale utwory Wyłączonych powstają?
K.N.: Tak na każdym jamie trzy (śmiech).
R.Cz.: Gramy Asta la vista. (śmiech).
K.N.: Jak się nazywa to, co Robert nazywa Asta la vista?
M.P.: Bez przygotowania.
K.N.: Ale jest fachowe określenie na to.
M.P.: Awista.
K.N.: Awista to jak spotyka się kilku muzyków, akurat w przypadku muzyków orkiestrowych czy jazzowych wyciągają każdy nuty i jest raz, dwa, trzy i jadą, a my robimy to samo tylko bez nut. Ponieważ uważamy że nuty to jest kość niezgody pomiędzy człowiekiem a muzyką. Są to słowa Janusza Janiny Iwańskiego. Jesteśmy pod tym względem ubodzy i bogaci zarazem, że nie potrafimy czytać z nut.  Chociaż Marcin potrafi.
M.P.: Ale się mylę.
Ale przecież Ty Krzysiek chodziłeś do szkoły muzycznej...
K.N.: Ze szkoły muzycznej wyrzucili mnie po roku. Problem polegał głównie na tym, że grając na gitarze klasycznej musisz mieć długie paznokcie w prawej ręce, a ja miałem motorynkę i naprawiałem ją non stop, więc te paznokcie miałem czarne jak grób. Ścinałem je i nie mogłem grać tymi pazurkami, tylko grałem palcami, przez co grałem nierówno. Zasugerowano, żebym dał sobie spokój, a ja już wtedy miałem przester, podłączałem się do radia i grałem heavy metal.  
Graliście na benefisie Bonifacego Dymarczyka, to nietypowe granie jak dla rockowego zespołu. Skąd pomysł, na taką imprezę i takie granie, bo to Wy, a szczególnie Ty Krzyśku, wymyśliliście imprezę?  
K.N.: Bonifacy Dymarczyk to jest postać magiczna. Pamiętam jak w latach 80-tych grał z moim ojcem kabaret. Mój ociec grał tam na basie, ale podobno Boniek zawsze się śmiał, że ojciec nie grał, bo się śmiał. I sytuacja była taka, że jak byłem mały to Boniek przychodził do nas, dzieci i rewelacyjnie bawił, bo był genialnym aktorem, miał idealny kontakt z dziećmi. Robił takie zabawy że, przychodził do pokoiku, właził do szafy, w meblach wyjmował półkę i telewizorek nam robił i my mieliśmy z moją siostrą odjazd. Całe lata przyjaźnił się z moim ojcem i powiedział mi bardzo ważną rzecz w życiu, dzięki której prawdopodobnie jestem tu gdzie jestem. Otóż była taka historia, że próbowałem zdawać do szkoły teatralnej i jak jechałem na egzamin, to mój ojciec bardzo go prosił, żeby on mi odradził, że szkoda paliwa. Boniek powiedział wtedy piękną rzecz: daj mu spokój, niech on robi co chce, bo on szuka, skoro on się miota tzn. że on szuka, zaraz znajdzie i będzie spokój. A jakby nie szukał to byłby problem, bo byłby dziadem – taką rzecz powiedział. A potem opowiedział mi historię o facecie (otwierał im drzwi na zakładach Warty gdzie mieli próby z kabaretem), który pewnego dnia powiesił się na scenie, zostawiając list w którym napisał, że on po prostu zrozumiał dzięki ich próbom, które oglądał, że zmarnował swoje życie, bo też miał jakieś pasje itd. Boniek na tej podstawie dał mi przekaz życiowy, że powinienem robić to, co chcę, bo jak będę robił wbrew sobie, to skapcanieję i życie będzie do dupy – i to było bardzo ważne. Dlatego czułem wobec niego dług. Każdy się bał dotknąć tego tematu i nikt nie zrobił nic w celu przypomnienia tej postaci, która była w latach 70tych  mega twórcza. Prowadził Wakans i był takim gościem trochę jak my, że coś robi, mimo tego iż gówno z tego ma, tylko że on to robił mega profesjonalnie, bo był tak mega utalentowanym gościem.
R.Cz.: Freak, totalny freak. Jego życie było wykładnią tego co robił.
Czy chcielibyście w Klubie Zero robić takie rzeczy częściej?
K.N.: Tak, bardzo. Scena czwartkowa, jeśli będą odbywały się na niej działania tego typu, będzie to scena imienia Bonifacego Dymarczyka i będziemy kultywować, nie stricte muzyczną historię, tylko też aktorsko-teatralną. Zauważyłem, nie wiem czy to moja taka ślepa wiara, że ludzie byli bardzo spragnieni, takiej imprezy i było ciśnienie takie dosyć ciekawe mentalne.
Czy doświadczenia, które mieliście wcześniej, bardziej was dopingują, czy jednak dają negatywna energię? Czy macie poczucie, że były one stratą czasu?
M.P.: Negatywnej nie, dopingują. Nie były stratą czasu. Dopingują do tego, żeby się po raz kolejny nie wpierniczyć w jakieś gówno, które się wcześniej przydarzyło.    
K.N.: Raczej ciśnienie schodzi niż wchodzi.
R.Cz.: Wyłączeni się wyłączają.
K.N.: Ostatnio słyszałem piękną rzecz, że najważniejsze w zespole jest to żeby budować wartości dodane i nie siać negatywnych akcji. Nawet jak jesteś zły i chciałbyś przymendzić, to raczej starać się nie mendzić. Chociaż akurat ja jestem największą mendą tego składu , koledzy potwierdzą.
R.Cz.: Nie, ja nie potwierdzam.  
K.N.: Nie no, ja czasem przymendzę zwłaszcza Marcinowi.    
M.P.: Ja przywykłem do tego, toleruję to i akceptuję.
Czy żyjecie z tego, co robicie muzycznie w tym zespole?   
K.N.: Nie, z tego nie żyjemy.
R.Cz.: Dopłacamy, dopłacamy !!!
Ale w ogóle żyjecie z grania?
M.P., K.N.: W ogóle tak.
Kiedy można się spodziewać waszego występu, jako Wyłączonych?
K.N.: Dobre pytanie, trzeba zaplanować po prostu.
R.Cz.: Na pewno okazja się znajdzie.

 

WYWIAD PO WYDANIU PŁYTY"JEST DOBRZE"

Wywiad dla portalu stacjaczestochowa.info po wydaniu płyty "Jest dobrze"
przeprowadzony prze Kamila Kwapisza w 2009 roku

http://stacjaczestochowa.info/kultura/?action=article_show&idArticle=164
-----------------------------------------------------------------------------------------------
Jak doszło do nagrania płyty  "Jest dobrze"?
W kwietniu czyli blisko rok temu Michał Gawlicz i Krzysiek Niedźwiecki zaproponowali zoorganizowanie koncertu dla Zdzisława Maklakiewicza i Jana Himilsbacha Krzyśkowi Maternie.Krzysztof (MMCommunications) akurat organizował Festiwal Gwiazd w Gdańsku i pomysł okazał się idealny aby właśnie tam przypomnieć te dwie kultowe postaci polskiego kina. A skąd pomysł aby przypomnieć tych dwóch aktorów,często uważanych za pijaczków,naturszczyków choć w wielu kręgach cieszących się mianem postaci kultowych?
Mówi Krzysztof Niedźwiecki(współscenarzysta koncertu i kompozytor większości utworów):
Jesteśmy z Michałem fanami polskich komedii a w szczególności filmów braci Kondratiuków,którzy jako jedyni kręcili filmy do scenariuszy napisanych przez Maklakiewicza i Himilsbacha,poza tym przyjaźnili się z nimi. Odnieśliśmy się głównie do dwóch filmów: "Wniebowzięci"(scenariusz Himilsbacha) i "Jak to sie robi"(scenariusz Maklakiewicza) obydwa w reż. Andrzeja Kondratiuka. Znależliśmy tam kilka bardzo mądrych życiowych prawd o wolności człowieka,kilka powiedzeń to po prostu prawie przysłowia. Negacja świata materialnego ,wszystkich pieniędzy,afirmacja spokojnego choć rozrywkowego życia wydawała nam się idealna do skomentowania dzisiejszego pędzącego do nikąd świata,do jakiejś głębszej refleksji. Na pierwsze spotkanie Krzysiek Materna przyprowadził Janusza Kondratiuka współreżysera tych filmów.Od tego momentu pomysł nabierał kolorów. Niestety im dalej brnęliśmy w zoorganizowanie 90minutowego koncertu  tym bardziej okazywało się to trudne.Po pierwsze dlatego,że piosenki,które wykonywali lub napisali nasi bohaterowie kończyły się na jednej zwrotce i refrenie. Okazało się,że żaden autor o zdrowych zmysłach nie chciał dokańczać tekstu. Tu pojawiły się problemy bo z utworów kompletnych mieliśmy dwa teksty "Małe piwko" i "Szczęście". Reszta utworów musiała powstać w dwa miesiące. Kierunek był jeden,napisać  piosenki inspirowane tymi postaciami,jakoś związane z ich życiem,bazujące na ich powiedzeniach i anegdotach o nich.

Chcieliśmy aby muzycznie nie był to patetyczny, stary pomnik,chcieliśmy podać to na swój sposób. Razem z Marcinem Lamchem i z Przemkiem Pacanem mieliśmy od 2001 roku trio Ptaszyska. Bardzo dobry choć z różnych przyczyn niezrealizowany zespół. Dokoptowaliśmy  paru kolegów i  tak powstała Orkiestra Ptaszyska. Ja i Marcin podzieliliśmy się pracą i przystąpiliśmy do komponowania. Zwróciliśmy się do Piotrka Bukartyka i Tomka Kordeusza znakomitych autorów o napisanie kilku tekstów. Wybraliśmy też dwa numery wszystkim już dobrze znane("Czarna Mańka" i "Nim wstanie dzień") związane w jakiś sposób z Maklakiewiczem i Himilsbachem.
Po wielu trudach powstał materiał na koncert.
Okazało się, że dzięki obszernemu,niezbadanemu tematowi i elastyczności kompozytorów powstały dobre piosenki,a słysząc obecne propozycje w radio,że powstały po prostu bardzo dobre piosenki. Takie jakie kiedyś proponowała polska kultura. Dobry tekst,dobra melodia,dobry aranż i dobre,świadome wykonanie. Od początku powstawania projektu towarzyszyły nam jakieś siły boskie,być może byli to Zdzicho i Jasio dlatego udało się też zebrać nietypowy,bardzo mistyczny jak sie okazało zestaw wykonawców.

Znanych i lubianych wokalistów nie trzeba  reklamować ale może w skrócie:

-Hania Banaszak zaśpiewała piękny utwór "Może to sen" do słów Tomka Kordeusza. Jak teraz na to patrze,nikt inny nie zrobiłby tego piękniej...
-Staszek Sojka napisał piękną barokową melodię do słów Piotrka Bukartyka p.t."Każdy kochać się chce",zaśpiewał też "Nim wstanie dzień" utwór z filmu "Prawo i pięść",w którym Maklak grał główną rolę. Utwór troszkę zgrany nie mniej każdy kto usłyszy tą wersję nie będzie miał wątpliwości,że ma do czynienia z arcydziełem. Zaśpiewał też "Dwa miasta" do słów Janusza Kondratiuka.
-Maciek Maleńczuk zaśpiewał "Czarną Mańkę" ulubiony utwór naszych bohaterów oraz "Życie jest piękne",numer,który powstał w nocy,w hotelu  przed koncertem w Gdańsku napisany przez Maćka i Krzyśka Maternę.
-Habakuk zaśpiewał "Niesfornych".
-Bydyń z Pogodna zaśpiewał "Jak się bawię to się bawię".
-Ptaszyska wykonały "Niestety trzeba mieć ambicję" do słów Piotra Bukartyka.
-Pan Janusz Kłosiński wykonał swoje kultowe "Były maje, były łzy",piosenkę z filmu Rejs.
-Jacek Bończyk to śpiewający aktor znany głównie z festiwali piosenki aktorskiej we Wrocławiu,najbardziej profesjonalny wykonawca tego nurtu poza tym również fajny człowiek.Zaśpiewał przepięknie "Wszyscy polecimy w góre do nieba" i utwór do tekstu Jana Himilsbacha pt."Szczęście".

Odkryciem  projektu i płyty Jest dobrze jest niewątpliwie Andrzej Grabowski,aktor znany i lubiany tym razem śpiewający. Andrzej okazał się bardzo dobrym człowiekiem,kolegą. Bez cienia gwiazdorki,prawdziwym artystą.
A przy tym wszystkim całkiem dobrze radzi sobie ze śpiewaniem. Ma bardzo niską, piękną barwę głosu,niczym Johny Cash czy Tom Waits. W studiu poradził sobie rewelacyjnie i nawet chyba nagramy z nim coś jeszcze bo jego interpretacje są po prostu szczere i prawdziwe,mimo tego,że to aktor nie przybrał żadnej pozy.


Po koncercie, na którym była bardzo fajna atmosfera,zebraliśmy kilka dobrych recenzji a wokaliści i ludzie pracujący z nami przy koncercie zmobilizowali  nas do zarejestrowania tego materiału w studiu. Toteż nagraliśmy tą płyte,którą wszystkim bardzo polecam.
Każdy może znaleźć tam coś dla siebie, jest troszkę oldskulowo ale też nowocześnie.
Są momenty mistyczne ale też zabawowe  i bardzo energiczne,lekkie.Jest pare prawdziwych perełek,piosenek ze  znakomitymi tekstami a  wszystko to spojone myślą przewodnią albumu,że: jest dobrze ale nie najgorzej jest....Na obecne czasy rzekomego kryzysu może to być wystarczające lekarstwo by nie dać się zwariować....

ZAPOWIEDŹ JUBILEUSZU MUŃKA Z PORTALU WP.PL

http://muzyka.wp.pl/title,Artystyczna-Trzydziestka-Munka-w-Czestochowie,wid,657396,wiadomosc.html

6 maja na placu Biegańskiego w Częstochowie Muniek Staszczyk będzie świętował 30-lecie pracy artystycznej. Z tej okazji rodzinne miasto lidera T. Love odwiedzi plejada gwiazd polskiej muzyki.

- Zapraszam wszystkich ziomów, z miasta świętej wieży, na imprezę pod nazwą "Częstochowa gra Muńka" - apeluje wokalista. - Jest mi bardzo miło, iż tak wielu wspaniałych artystów, z różnych muzycznych obszarów, zdecydowało się uświetnić swoją obecnością ten koncert, sumujący moją 30-tkę artystyczną. To prawdziwy zaszczyt wystąpić, wraz z nimi, w rodzinnym mieście, na placu Biegańskiego, przed tak bliską mi publiką... Życzę wszystkim megapozytywnej wibracji i zabawy na tym niepowtarzalnym koncercie. Przyjaciołom ze sceny, oraz fanom, dziękuję za wsparcie i dobre słowo. Wielki ukłon dla Krzyśka Niedźwieckiego - mojego kolegi, który jest pomysłodawcą tej imprezy, oraz dla wszystkich artystów i ludzi dobrej woli, którzy znajdą się na scenie, jak i pod nią, w niedzielę 6-ego maja, na Bieganie. Pozdro! Szczerze i ze wzruszeniem - wielkie dzięki za zorganizowanie tej fety dla mnie i mojego zespołu.

Wspólnie z Muńkiem wystąpią: Staszek Sojka, Kasia Kowalska, Krzysztof "Grabaż" Grabowski (Strachy na Lachy), Robert Gawliński (Wilki), Marek Piekarczyk (TSA), Adam Nowak (Raz Dwa Trzy), Ziut Gralak, Tytus (Acid Drinkers), Tomasz "Olej" Olejnik (Proletaryat), Janusz Yanina Iwański, Martyna Jakubowicz, Wojciech "Brodi" Turbiarz (Habakuk), Jacek Pałucha, Piotr Machalica, Shamboo, Menhor i Piotr Dziker Chrząstek.

Występującym na scenie gwiazdom towarzyszyć będzie Orkiestra Na Bruku, w skład której wchodzą pochodzący z Częstochowy, doświadczeni muzycy m.in. Krzysztof Niedźwiecki, Darek Bafeltowski, Jacek Fedkowicz, Przemek Pacan, Tomasz Kasiukiewicz, Łukasz Kluczniak, Radek Wocial, Julia Wasiljew oraz Kalina Brzozowska i Adam Celiński.

Wstęp na imprezę jest bezpłatny.

ARTYKUŁ ANNY MIGALSKIEJ

Anna Migalska

http://www.czestochowa.cz/artykuly/-ja-po-prostu-gram-na-gitarze-,1854.html

Sprowadzał do swojego klubu "Zero" najsłynniejsze zespoły i wykonawców. Tym razem zagrał sam. "Ja po prostu gram na gitarze..."  - zadeklarował piosenką. I to jak gra. Ci, którym dane było go oklaskiwać na przeszło godzinnym koncercie wiedzą to najlepiej. Taki to był "Niedźwiecki live".

Gitarzysta, wokalista, autor tekstów, kompozytor , producent muzyczny oraz okazjonalnie basista, któremu miłość do muzyki nie pozwoliła zostać filmowcem. Był gitarzystą i wokalistą oraz współtwórcą repertuaru Habakuka. gwiazdy polskiego reggae oraz autorem kliku sztandarowych piosenek grupy jak choćby "Miasta" napisanego wraz z Muńkiem Staszczykiem, nieoficjalnego hymnu Częstochowy. W okresie 12-letniego pobytu na scenie współpracował z koncertował i współpracował z: Sidnejem Polakiem, T.Love, Izabelą Trojanowską, braćmi Pospieszalskimi,Renatą Przemyk, Januszem Yaniną Iwańskim, Jackiem Pałuchą i Cała Góra Barwinków.

Częstochowa zna Krzycha Niedźwieckiego przede wszystkim jako twórcę kultowego klubu "Zero", który dziś znaleźć można w teatrze muzycznym "Parking", dokąd się przeniósł. I to właśnie tam wystąpił Nieźwiecki. Jego muzyce towarzyszyły efekty świetlne, które stworzyły niezwykłą oprawę plastyczną i klimat doskonałej zabawy, w której szczególnie zabrzmiały utwory, do których słowa napisał sam muzyk. Choć usłyszeć też można było teksty Bonifacego Dymarczyka czy utalentowanej poetki Małgorzaty Iżyńskiej, której autorstwa była niemal połowa z nich. I właśnie dzięki temu można było uwierzyć, że naprawdę to człowiek, który ukochał muzykę. " Ja po prostu gram na gitarze..." - stwierdził podczas koncertu. I dlatego cieszy złożona po występie przyjaciołom deklaracja, że myśli o rozpoczęciu solowej kariery.

WYWIAD MARCINA KRUPIŃSKIEGO

http://www.wczestochowie.pl/kategoria/kultura-i-rozrywka/7214,wywiad-z-krzychem-niedzwieckim

ROZMAWIA: Marcin Krupiński
Grał w  Habakuku, obecnie jest członkiem zespołu Bakshish. Organizuje koncerty w klubie Zero, który działa w Teatrze Muzycznym Parking. W sobotę (25 lutego) zagrał swój solowy koncert. Krzysztof Niedźwiecki opowiada o przygodzie z muzyką, solowym występie i o klubie Zero.

Marcin Krupiński: Muzyka towarzyszy Ci od najmłodszych lat. Jak zaczęła się ta przygoda?


Krzychu Niedźwiecki: Cała historia zaczyna się w momencie, kiedy moja mama była w ciąży i mój ojciec zabrał ją na koncert Erica Claptona do katowickiego Spodka, na którym wypuszczony został gaz. Doszło do zamieszek, była milicja. Koncert został przerwany. Uważam to za taki symboliczny początek. Mój ojciec grał także w różnych zespołach, m.in. w kabarecie Adios Muchachos Bońka Dymarczyka, później w Jugosławii na dancingach. W czasie wakacji obcowałem z tą muzyką niemal codziennie. Pukałem w bębny, klawisze. To był mój pierwszy kontakt z instrumentami. Kolejna faza to historia z gitarą klasyczną, która stała za drzwiami w pokoju naszego mieszkania. Podczas zabaw z siostrą pewnego razu upadłem na  gitarę i ją połamałem. Miałem wtedy dziesięć lat i nie grałem jeszcze na tym instrumencie.  Ojciec skleił gitarę, a ja w ramach kary musiałem nałożyć na nią struny. Tydzień nakładałem struny, a drugi tydzień zajęło mi jej strojenie. I żeby było śmieszniej, gdy już ją nastroiłem, moja siostra, która nie gra na gitarze, pokazała mi pierwsze trzy akordy. Mieszkaliśmy wtedy na Błesznie. W 1991 roku przeprowadziliśmy się na Raków. Był tam taki długi korytarz, gdzie był fajne echo. Tu zacząłem sobie brzdąkać.

M.K.: Przeprowadzka na Raków była kolejną symboliczną chwilą na  Twojej muzycznej drodze. Przeniosłeś się w rejony, w których wychował się Muniek Staszczyk...


K.N.: Dokładnie. Pierwsze fascynacje to właśnie zespół T.Love. Dodatkowo moja nauczycielka od matematyki uczyła kiedyś Muńka. Potem założyliśmy zespół. Pan od muzyki oczywiście chciał żebyśmy grali piosenki Czerwonych Gitar. Woleliśmy grać coś ostrzejszego. Jeździliśmy na przeglądy i tak to powoli szło.
M.K.: Grałeś też przez jakiś czas na weselach...


K.N.: Niestety, wpadłem w sidła grania po weselach. Trwało to kilka lat. Widocznie tak miało być. Przeszedłem tę szkołę i być może była ona potrzebna. Nauczyłem się wtedy tego, że utwór może być absolutnie prymitywny, a jednak kochany przez ludzi. I to jest prawda, której nie można się bać, bo im bardziej skomplikowany i wydumany numer, tym jest tak naprawdę mniej czytelny.
M.K.: Grałeś w Habakuku. W tym zespole spędziłeś dziesięć lat. W pewnym momencie wasze drogi się rozeszły. Dlaczego?


K.N.: Znudziło mi się trochę granie jednej stylistyki. Uważam reggae za bogatą muzykę. Nauczyła mnie dyscypliny, kojarzenia brzmień. W Habakuku znudziło mi się granie rockowych solówek na groovie reggaowym i zapychania nimi dziur w utworze. Poczułem też, że mogę zacząć działać sam bądź w innych projektach. Dawałem z siebie dziesięć procent na scenie, a chciałem dawać sto.

M.K.: Nie odciąłeś się jednak od gatunku reggae, bo grasz w zespole Bakshish...

K.N.: W Bakshishu jest trochę luźniejsza historia, bo to zespół, w którym bardzo dużą rolę odgrywa wokalista. Tam też jest czasem mniej akordów niż w Habakuku, ale większa wolność stylistyczna.

M.K.: W sobotę 25 lutego zagrałeś solowy koncert w klubie Zero.


K.N.: Zawsze chciałem mieć swój zespół, który byłby moim bezkompromisowym działaniem. Przez chwilę miałem zespół Ptaszyska, który składał się z bardzo dobrych muzyków. Były jednak ograniczenia, których do dzisiaj nie potrafię zidentyfikować. W każdym razie grupa się rozpadła. Był też zespół Wyłączeni, czyli taki trochę paranoidalny twór kolegów. Frank Zappa powiedział kiedyś piękne zdanie, że jeśli wychodzisz na scenę, to musisz wiedzieć o co ci k…a chodzi. To klucz wychodzenia na scenę. Od jakiś dwóch lat zaczynam wiedzieć o co mi k…a chodzi. W tym roku zamierzam nagrać płytę. Dlatego też zagrałem ten koncert.
M.K.: Oprócz tego że sam grasz, organizujesz także koncerty prowadząc klub Zero, który obecnie mieści w Teatrze Muzycznym Parking. Pamiętam, jak rozmawialiśmy jeszcze w starej "miejscówce" klubu przy al. Niepodległości, że chciałbyś więcej grać, a mniej stresować się organizacją i prowadzeniem Zero. Czy udało ci się to zrealizować?


K.N.: Dokładnie tak. Gdy zakładałem klub Zero, miałem nadzieję, że będzie funkcjonował na sto procent. Było sporo wątpliwości, ale zdecydowałem się spróbować. W połowie działalności klubu wiedziałem, że nie chce tego robić, bo już mnie to męczyło. Generalnie - fajnie jest mieć knajpę, ale bycie kierownikiem tego zamieszania nie jest wcale przyjemne. Teraz dzięki Krzyśkowi Stacherczakowi to wszystko przynosi realny zysk. Mam też więcej czasu na granie i przebywanie z rodziną.
M.K.: Jakie są twoje muzyczne plany na najbliższą przyszłość?


K.N.: Teraz ruszam z koksem w tym sensie, że chcę nagrać swoją solową płytę. Z Bakshishem finalizujemy już nowy materiał. Oprócz tego przygotowuję koncert, złożony z piosenek Muńka Staszczyka na jego trzydziestolecie pracy artystycznej. Będzie to duży koncert z różnymi wokalistami, który odbędzie się 6 maja na placu Biegańskiego.
M.K.: Dziękuję za romowę.

WYWIAD DLA PORTALU e-tygodnik

 http://e-tygodnik.pl/248-niedzwiedz-czestochowskiej-kultury

Ja jebe. Co prawda z robotą dalej w mieście krucho, ale zorganizowany w ubiegłą niedzielę koncert „Częstochowa gra Muńka” powalił mnie na kolana. I nie ma w tym twierdzeniu cienia drwiny. Gdyby nie fakt, że pomysłodawcą i człowiekiem, który ogarnął całą imprezę był muzyk Krzysztof Niedźwiecki, prezydent Matyjaszczyk mógłby uznać to wydarzenie, za swój autorski i pierwszy w tej kadencji sukces.
Krzysztof Niedźwiecki to wszechstronny muzyk. Gra na gitarze, śpiewa i pisze teksty. Niegdyś
w legendarnym Habakuku, dziś w nie mniej legendarnym i równie reggae’owy Bakshish’u. Poznałem go kilka lat temu, na ślubie moich przyjaciół. Na weselu odstawił takie show, że do tej pory, pomimo morza wpompowanej w organizm wódki, jego performance pamiętam lepiej niż sakramentalne „tak!” w kościele. Krzysztofa miałem okazję poznać później jeszcze, jako świetnego i sprawnego organizatora koncertów w Klubie „Zero”. Nie miałem jednak pojęcia, że równie profesjonalnie potrafi wyreżyserować dużą imprezę masową.
Informacja o tym, że miasto przygotowuje koncert o takim rozmachu, spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Tak – miasto, nie Krzysztof Niedźwiecki. Nazwisko częstochowskiego muzyka jako pomysłodawcy i głównej sprężyny tego przedsięwzięcia nie było specjalnie eksponowane. – Jak to możliwe – pomyślałem sobie – że Jarek Jajebak, ortodoksyjny bywalec wszystkich niebiletowanych imprez w mieście i miłośnik rozrywki finansowanej przez podatników, nic wcześniej nie wiedział o przygotowywanym na taką skalę wydarzeniu?
Kiedy na dwa tygodnie przed terminem koncertu „Częstochowa gra Muńka” informację o nim obwieścił magistrat, uznałem to za sprytną, pijarową sztuczkę, która miała posłużyć do odwrócenia uwagi od fetorku jaki unosił się w „mieście świętej wieży” po awanturze
z przeniesieniem cyklicznego zlotu motocyklistów do Gietrzwałdu. – No tak, żadnej roboty, same igrzyska – kotłowało mi się pod czaszką. – Znów prezydent Matyjaszczyk sięgnie do nie swojej, bo budżetowej skarbonki i niczym cesarz w starożytnym Rzymie, da ludowi rozrywkę – pomyślałem.
Na dwa dni przed koncertem dowiedziałem się jednak, że miasto nie wyciągnęło tej imprezy
z kapelusza, ale przygotowania do niej trwają już od czerwca ubiegłego roku. Mało tego, wtedy dotarła do mnie informacja, że to nie miejski projekt, ale właśnie autorski pomysł Krzyśka Niedźwieckiego. Człowieka, który biegał prawie rok za tematem, dopinał, lobbował, denerwując się jednocześnie, że urzędnicy jeszcze w lutym mieli problem z wykombinowaniem odpowiedniego terminu. W ten sposób gitarzysta Baksish’a postanowił uczcić 30-lecie kariery scenicznej wokalisty T.Love. Projekt sfinansowany co prawda kwotą 200 tys. złociszy ze wspomnianej miejskiej skarbonki, ale jednak pomysł autorski.
I co widzę, 6 maja z poziomu przeciętnego konsumenta rozrywki na Placu Biegańskiego? Widzę jak budzi się energia. Oczywiście nie ta zapowiadana w kampanii samorządowej przez obecnego cesarza miasta. Przepraszam, znaczy się włodarza. Na to budzenie musimy jeszcze poczekać do nowych wyborów. Budzi się energia, która podrywa Krzysztofa Matyjaszczyka na nogi i daje mu siłę, by biec z giftem dziękczynnym w ręku do Muńka Staszczyka. – Oj tak – myśl przeszywa mi otumanioną tanim piwem głowę – Każda władza lubi ogrzać się w ciepełku ludzi z show biznesu.
Czy prezydent za tę okazję do polansowania się na koszt podatnika, podziękował chociaż publicznie ze sceny Niedźwieckiemu za jego olbrzymi wkład? Przyznam, że osobiście nie słyszałem. W urzędzie miasta mówią, że tak, podziękował. Tyle, że kilka godzin wcześniej na kawie w wąskim gronie. Słyszałem za to, jak Krzysztof Niedźwiecki dziękował Muńkowi.
- Staszczykowi winni jesteśmy, jako częstochowianie, wdzięczność – cały czas to zresztą powtarza.
Od siebie dodam jedynie, że my częstochowianie powinniśmy być wdzięczni „Niedźwiedziowi częstochowskiej kultury”, za kawał ciężkiej roboty jaką wykonał, byśmy 6 maja mogli okazać wdzięczność jego przyjacielowi z T.Love. Po Reggae Day, koncert „Częstochowa gra Muńka” to kolejny przykład na to, że najlepsze inicjatywy nie wychodzą z gabinetów urzędników od promocji miasta, ale od jego kreatywnych mieszkańców. Muzyków na naczelników!

rozmawiał Jarek Jajebak

 

WYWIAD Z 2012r.

Częstochowianin znany z zespołu Habakuk, Ptaszyska, a ostatnio pomysłodawca i współorganizator święta muzycznego w Mieście Świętej Wieży – 30 lecie działalności Muńka Staszczyka CZĘSTOCHOWA GRA MUŃKA. Krzysztof Niedźwiedzki opowiada o swojej historii z muzyką, filmem i wielką imprezą.



Wpadłeś na pomysł zorganizowania koncertu jubileuszu trzydziestolecia działalności muzycznej Muńka Staszczyka. Byłeś pytany o to, jak to się stało i kiedy. Koncert odbył się 6 maja, ku mojemu zaskoczeniu przyszło bardzo dużo Częstochowiaków i był to jeden z ciekawszych koncertów długiego weekendu w Polsce, a na pewno najlepszy w Częstochowie. Jak sobie wyobrażałeś to wydarzenie?
Krzysztof Niedźwiecki: Wyobrażałem sobie go prawie tak, jak przebiegł. Zaprosiliśmy czołówkę polskiego rynku muzycznego, na scenie towarzyszyli wokalistom naprawdę wybitni muzycy, więc raczej nie mogło sie nie udać, aczkolwiek to był ogrom pracy, aby był taki efekt. Sukces liczebny był dużym zaskoczeniem, ale z drugiej strony był to na tyle nietypowy koncert, że każdy chciał go zobaczyć.
Czy ten, który się odbył, był lepszy niż ten z wyobraźni, czy wręcz przeciwnie?
K.N.: To już w zasadzie odpowiedziałem. W wyobraźni miało być cieplej a było lekko zimnawo
i siadały stroje instrumentów, poza tym wszystko zgodnie z marzeniami:)
Muniek był Twoją inspiracją muzyczną?
K.N.: Na pewno. Napisał bardzo dużo hitów, jest ikoną popkultury, bardzo inteligentny gość. Ma swój styl i wyznacza kierunki. Ok, muzycznie szału nie ma, głos jednak charakterystyczny, ale w tej bajce nie o to chodzi. Albo mówisz prawdę albo nie. On mówi. Poza tym cały czas jest obecny na scenie, 30 lat  to jednak osiągnięcie  -  nie poddać się.

Jak i kiedy zaczął się twój związek z muzyką?
K.N.: Trudno powiedzieć, na pewno duży wpływ miała moja mama, która jest wyrafinowanym
słuchaczem. W dzieciństwie w domu z płyt analogowych mama puszczała Arethe Franklin, Michaela Jacksona, Boba Marleya, Queen, The Beatles, Stonesów, Raya Charlesa, Erica Claptona. To miało wpływ ogromny. Poza tym mój tata tez jest grajkiem i od zawsze miał zespół, z resztą z tego przez parę lat żyła nasza rodzina. Więc ocierałem sie o instrumenty, pukałem w bębny, w piano fendera. Następny etap to moja siostra, która nauczyła mnie pierwszych trzech akordów na gitarze, Wyszedłem wtedy na korytarz w takim dzisięciopietrowcu, było mega echo zacząłem grać,zeszły się dziewczyny z innych pięter i tak poszło:) A związek zaczął się chyba taki poważny jak napisałem pierwsze kawałki, wtedy już byłem wciągnięty na maxa. Pierwszym, który żyje publicznie jest „Baza” -taki znaczący utwór wydany chyba w 2003 roku po śmierci mojego przyjaciela.
Studiowałeś na łódzkiej "filmówce". Co spowodowało, że poszedłeś właśnie na takie studia i co, że z nich zrezygnowałeś?
K.N.: Poszedłem tam za namową mojego kolegi aktora Roberta Rutkowskiego i bardzo mu dziękuję bo wiedza zdobyta w tej szkole bardzo pomaga mi m.in. przy organizowaniu tak dużych przedsięwzięć jak Częstochowa Gra Muńka. Szukałem studiów, które pomogą mi okiełznać showbiznes i, jak sie okazało, to właściwe studia. Poznałem tam wielu ciekawych ludzi, którzy dziś są bardziej lub mniej znani, większość pracuje w biznesie telewizyjnym(min. mój przyjaciel Kędzior, prowadzący kulisy „Bitwy na głosy”). Na pierwszym roku siedziałem w ławce z Natalią z Sistars. Studia były genialne, a dlaczego zrezygnowałem? Muzyka to moja kochanka i do niej odszedłem, a tak na serio prozaiczna sprawa, studia były płatne, bo zaoczne i w pewnym momencie brakło mi kasy na kontynuowanie, obiecałem sobie, że kiedyś dokończę szkołę ale z drugiej strony wiążę przyszłość z muzyką, wiec nie wiem, czy potrzebny mi ten trud.
Planujesz tworzyć w przyszłości, oprócz muzyki, filmy?
K.N.: Raczej nie, a jeśli filmy to ściśle związane z moją działalnością muzyczną. W tym roku kończę 33 lata, robie podsumowanie i nagrywam solową płytę, słowem można śmiało rzec, że zaczynam karierę solową. Tak wiele mam piosenek w szufladzie, że aż żal byłoby tego nie pokazać tym bardziej, że to piosenki z serca o nas, o szarych ludziach żyjących w Polsce, którzy mimo wiatru w oczy(komuna, obecny burdel) są jednak kolorowi. Jest tak krótka droga od marzeń do ich urzeczywistnienia, że trzeba próbować. Czasem w to wątpię, ale generalnie staram się bardzo wierzyć w to. Że da sie wszystko i nasza silna wola zwycięży, zgodnie z mądrym przysłowiem "wiara czyni cuda". Tak jest. Nie ważne, w co wierzysz, ważne, że wierzysz choćbyś wierzył tylko w siebie. O patrz, ostatnie zdanie to juz prawie refren:) Świat tworzenia piosenek jest cudowny!
Wiem, że lubisz dokumenty, może stworzysz własny?

Pewnie tak, z reszta jak będę kończył prace nad płytą to pewnie zrobię jakiś making
Off, ale jak wspomniałem muzyka, tworzenie piosenek i opisywanie nas w tej rzeczywistości mnie najbardziej teraz interesuje. To praca totalna na następne 7 lat, jak będę dobiegał do 40stki wtedy znowu podsumuje swoje życie i może zostanę motorniczym....


Rozmawiał Filip Karpiński